niedziela, 17 maja 2009

Sama tego chciałam...

Dziewczęcia me jak ja za Wami tęsknię!!!!

U mnie cisza bom.... zapracowana;) Serio;) Cały tydzień pokornie "obciągałam". Aż tu w piątek telefon nie mógł przestać dzwonić... Że pracy w fabryce ciąg dalszy, a że może bym i w weekend jeszcze do innej poszła... Odmówiłam oczywiście. Bez obaw, nie z lenistwa- w końcu jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję- niczym Irenka przecie!;) No ale w sobotę od rana miałam się stawić na szkolenie unoszenia ludzisk (w wolnym tłumaczeniu;) ). Dopiero odmówiłam w jednej agencji a zadzwonili z drugiej. Tym razem niby dobrze, bo w końcu mnie do domu staruszków chcieli:) Tyle tylko, że jeszcze w piątek na 17:30... a ja w tej pracy do 16... Skłonności samobójczych nie wykazuje więc i z tego musiałam zrezygnować:( No ale chociaż na szkoleniu stawiłam się z samego rana rześka i zdrowa. Oprócz mnie same Angielki i kilka zanglicyzowanych murzynek- angielski aż wisiał w powietrzu. Na szczęście na koniec nie było egzaminu w tym nieszczęsnym języku;) Ale na pewno jesteście ciekawe jakie efekty- powiem tak: z teorii moze za dużo nie zrozumiałam, za to praktykę uważam za opanowaną;) (co niestety niedługo później było mi dane udowodnić...) . Po kursie przekonywałam panią, że naprawdę na pracy mi zależy i ze głupio wyszło, że musiałam odmówić... Uwierzyła mi. Do tego stopnia, że zapronowała tego samego dnia "szychtę" w domu staruszków! Szok! Zgodziłam się oczywiście (no może nie tak całkiem oczywiscie bo po tym tygodniu już na twarz padałam;) ). I tu się zaczyna cała historia... Ale chyba nie jestem jeszcze gotowa żeby o niej pisać;) Całą noc miałam koszmary;) A dzis umieram z wyczerpania. Nie wiem czy bardziej fizycznego czy psychicznego. Praca całkiem przyjemna. Problem w tym, że nikt mi nie powiedział co należy DOKŁADNIE do zakresu moich obowiązków, co robic, gdzie i jak:( A więc dostałam dostałam listę ze zleceniami i hajda! na dziaduńciów;)! Czas pracy: 16-23... Wszystko szło zgodnie z planem i byłam nawet z siebie dumna... Do czasu gdy trafiłam do mieszkanka pewnego małżeństwa gdzie zgłupiałam i zupełnie nie wiedziałam co robić... Ostatecznie wsadziłam dziadzia na maszynę i przetransportowałam do łóżka dźwigiem- a powinny to robic dwie osoby...dobrze, że nie ma ofiar w ludziach... Chciał też mieć zmienioną pieluchę, posmarowane odleżyny- a ja do teraz nie wiem czy to należało do zakresu moich obowiązków... Najgorzej, ze nie było nawet kogo spytać... Ten dom to moloch- jakieś 100 mieszkań- prawidzwy labirynt (zgubiłam się tam jakieś 3 razy)... Zatem emocji było aż nadto...a ja sierotka sama, do tego ze szczątkowym angielskim (swoją drogą część pensjonariuszy głuchawa więc i tak dogadywaliśmy się mową ciała;) ). Pani na koniec co prawda powiedziała, ze było ok... ale ona też dziwna była więc nie wiadomo co przekaże przełożonym ... Możliwe, że już mnie nie będą chieli... Zresztą nieważne, byle mi nic w kartotece nie zapisali;) I taki ze mnie care worker... ;)

1 komentarz:

  1. Lewuniaku wiesz co, co Cię nie zabije to Cię wzmocni..to powiedzonko chyba całkiem dobrze się ma do Twego nowego doświadczenia:)No i w ogóle to podsumowując Twe ostatnie upadki i wzloty robię się coraz spokojniejsza...zawsze wiele kłód na drodze Twej, ale koniec końców wychodzisz na prostą i dopinasz swego:)I to mi się baardzo podoba:)Trzymam kciuki za Ciebie i Twych dziadków i czekam na kolejne fascynujące relacje!

    OdpowiedzUsuń