sobota, 27 czerwca 2009

Witam, po przeszło miesiącu przerwy!
Mam już internet, więc teraz mogę wreszcie się z Wami kontaktować. Przeczytałam zaległe posty i moje serce uradowało się na wieść o Paulinkowym slubie! Bardzo się cieszę i nie mogę sie już doczekać!
Opowieści Lewuni przeczytałam z zapartym tchem, jakie ciekawe może być życie na emigracji!Rozumiem Twój stres, załatwienie nawet banalnej rzeczy za granicą czasem graniczy z cudem. Jestem pełna podziwu dla Twojej wytrwałości, ja chyba nie byłabym w stanie opiekować się 12 godzin dziennie starszymi ludzmi. Zyczę powodzenia!
Asiu, sesja pewnie już za Tobą, nie zazdroszczę Ci egzaminów, sesja letnia zawsze była dla mnie koszmarem! Jak można uczyć się, kiedy wszyscy myślą już o wakacjach! A Ty jeszcze musiałaś pogodzić to z pracą!
Ja właściwie czuję sie na jak na wakacjach. Mieszkam w małej miejscowości, na terenie campingu, z okna mam widok na mała przystań jachtową, wiec atmosfera jest bardzo wakacyjna. Tylko jak długo można mieć wakacje? Mam juz dosyć siedzenia w domu. Pewie juz nie pamiętacie, co to jest nadmiar wolnego czasu, ale to wcale nie jest takie przyjemne.
Kryzys niestety dotknał i Holandię, więc o prace jest bardzo trudno. Dzwonie po biurach pośrednictwa pracy, pytam, ale bez efektów. Na szczęscie mam gdzie mieszkać więc, nie poddaję się, może się doczekam.
Zaczęłam nawet uczyć się języka niderlandzkiego. Co wygląda dośc zabawnie, gdyż raz w tygodniu jezdze z moją mamą do jej znajomej Holenderki, która oczywiście nie mówi po polsku. Rozmawiam więc z nią po angielsku, a mojej mamie muszę wszystko tłumaczyć. W konsekwencji wychodzi na to, że plotkujemy po angielsku, a nauka holendreskiego schodzi na dalszy plan.
Czas upływa mi więc spokojnie, ale niestety ja lubię jak coś się dzieje!
pozdrawiam!

czwartek, 25 czerwca 2009

Anegdot kilka....

Kochanieńkie, melduje posłusznie, że u mnie zaczyna się powoli stabilizować:) Tfu, tfu, wypluć, odpukać oczywiście;) Znaczy jestem w grafiku jednego z domciów. Czyli, że póki co wiem na czym stoję i mam w miarę regularne zmiany. Wyróżnili mi dwa tygodnie- krótki i długi, czyli poniżej i powyżej 40 h. No i dwie zmiany- ranna i popołudniowa. Najważniejsze, że zaczynam poznawać dziadków, oni się oswajają ze mną. No i zaczynam łapać o co w tej pracy chodzi, łącznie z dogadywaniem się z pozostałym personelem. Najchytrzej zostały okiełznane murzynki... Większość z nich to ciut leniwe, sprytne i wredne małpy. Ale ponieważ stamtąd nie bardzo jest jak wrócic do Grays wieczorem, a mnie Jarek odbiera.... to od razu zrobiły się milsze i bardziej pomocne;) Po prostu do rany przyłóż;) nie wiem czy to etyczny ale na pewno skuteczny sposób. Zaś jeśli chodzi o staruszków to bywa różnie. Generalnie to mi się serce kraje. Źle ktoś sobie tą starość wymyślił. Ale bywają też sytuacje komiczne. W których niemałą rolę odgrywa moja nieporadność. Przykładowo rozmawiam sobie z pewną kobitką. Ha,ha, hi,hi, miło się nam gawędzi, śmiejemy się, żartujemy. I nagle uprzytamniam sobie- nie znam jej imienia. Więc pytam. A ona, że przeprasza ale nie pamięta. No to myślę- dobry żart i śmiejemy sie obie. Następnym razem sytuacja sie powtarza, znów miła atmosfera i znów pytam o imię. Okazało się, że jej demencja jest tak zaawansowana, iż rzeczywiście nie pamięta swego imienia. Mówię Wam jak mi się głupio zrobiło. Innym razem spaceruję sobie i doglądam dziaduńciów aż tu nagle omal sie nie potykam. Na podłodze szczęka leży. Sztuczna oczywiście. I znajdź tu teraz właściciela?! Ale to było dochodzenie;)I tak mogłabym przytaczać....:)
Poza tym nic się nie dzieje. Z moim mężczyzną sie niestety mijamy. Zwłaszcza jak on kończy o 14 a ja dopiero zaczynam , jak np dzisiaj. No i ja w weekendy przeważnie pracuję. Tak, że jestem żądna imprez.Za to mam teraz dwóch z rodu K. wieć równowaga jest zachowana;) Może uda sie nam jakoś nad morze choć na chwilę wyskoczyć bo zrobiła się przecudna pogoda:)
No a co u Was dziewuszki?:) Wiem, że w przeciwieństwie do mnie się ukulturalniacie;) No i pewnie też pracujecie ciężko...Asiku jak tam Twa Malta, przeszkody wszystkie pokonane? Znając Ciebie, na pewno tak:))))Odpisz choć króciutką eskę, bo nawet nie wiem czy te z netu dochodza:( W każdym razie trzymam kciuki za me zuch dziewczyny!!!!
Nie chcę zapeszać. Ale wiecie jak to u mnie- sytuacja ustabilizowana więc trzeba trochę zamieszać. Zaczęłam dopiero pracę a już zgłosiłam chęć bezpłatnego urlopu;) Wiec trzymajcie kciuki- może siię zobaczymy niebawem;) Póki co tylko buziaki z daleka ślę:********

środa, 24 czerwca 2009

joł, joł

co jak co, ale chociaz jeden wpis w tygodniu musi byc:)
hmmm, nie wiem od czego zaczac...moze od tego ze wczoraj bylismy na koncercie Nine Inch Nails( asia, waldi, mat, andzrej, tomek i agnieszka) no i natalka, obecna duchem, bo bidulka niby to na koncercie, ale jednak w pracy, dopiero po koncercie na piwko z nami sie wybrala. Koncert calkiem, calkiem, wybawilam sie:) a musze cwiczyc kondycje, bo za tydzien na heinekena jedziemy, 5 dni szalenstwa,auuuu juz sie boje. Nie mam sil, a nawet i ochoty na openera, ale reszta bandy chciala, wiec wyjscia nie bylo;)ciezko tak zostac, gdy reszta jedzie, tym bardziej ze nasze wakacje polegaja na takiech kilkudniowych wyskokach. no i do wyjazdu trza pozamykac wszystkie sprawy, filmy, tak by odpoczywac , a nie myslec czego to sie nie zrobilo. no i na 3 dni przed wyjazdem dostane material do nastepnego teledysku( tak, tak kolejny robie;) Iwony Węgrowskiej czy jak tam sie zwie, i w 2 doby bede musiala go zrobic. Takze podejrzewam ze w czwratek za tydzien na henia pojade totalnie "wyrąbana". ale ja tak tylko o sobie...Kasienko, jak tam ty dajesz sobie rade?? koniecznie musisz napisac. Duzo pracy??Mam nadzieje ze czas na relaks u boku swego mężczyzny jest! No i Asiu co u cie, bo niby wczoraj sie widzialysmy, ale wiadomo jak to na kocercie, se nie pogadasz, a ostatnio widzialysmy sie 3 tyg temu, wiec tez czekam na sprawozdanie.
buziolaski

sobota, 13 czerwca 2009

Co cię nie zabije, to cię wzmocni...czyżby?;)

Jej, tak czytam Wasze posty,wpisy, skrobnięcia i z podziwu wyjść nie mogę:) Takie z Was mądre i zaradne dziewuszki:) I jakoś to mnie w kupie trzyma i rozkawałkować nie pozwala- bo skoro panienki mogą, to i ja powinnam byc twarda nie miętka;) Siem nie odzywam bo tak energetycznie ostatnio podupadłam... W końcu wkręcam sie w zupełnie nowy zawód. Praca care assistanta tutaj teoretycznie nie jest zła. Jeśli się zna jezyk i ma doświadczenie. No właśnie. I tu zaczynają sie schody;) Ja muszę 3 razy wiecej biegać, 5 razy więcej zajmuje mi wszystko czasu, no i 10 razy mocniej się stresuję;) "Najgorzej" że chyba mama Asi miała rację- muszę robić cholernie dobre pierwsze wrażenie. W jednym miejscu spodobałam się (nie pytajcie o według jakich wytycznych bo nie wiem) i wrzucili mnie na stałe w grafik. Teraz tylko czekam aż sprawa się rypnie bo zielony ze mnie ludek. Ale się nie łamię i staram jak najszybciej przyswajać wiedzę. Wręcz czuję się jak dzieciaczek- w ten sam sposób poznaję świat. Języka choćby w ten sposób sie uczę- podsłuchuję, powtarzam, dopytuję,naśladuję. A że nie mam w pracy styczności w ogóle z językiem polskim więc zostałam rzucona na głęboką wodę. Czasem niestety jakis dziadzio się zirytuje na mą nieudolność językową ale wiekszość jest raczej przychylna a ja nadrabiam uśmiechem i tonem głosu;) Wręcz mam wrażenie jakbym dostałą rekompensate od życia za szybką utrate mych własnych babć- teraz mam ich kilka lub nawet kilkanaście;) Poza tym muszę uzupełniać raporty- więc i pisany angielski mnie nie omija;) Poznałam też w pracy taką Jen, która zaczyna niebawem studia jna nauczyciela języka angielskiego i wykazała niezwykły entuzjazm wobec możliwości potrenowania na mnie:)
Jeśli chodzi o dobre pierwsze wrazenie to jestem też ciut przerażona - mam już swojego podopiecznego. Miły starszy pan- Donald:) Uroczy dziadunio, a ja mam pilnować czy opieka nad nim tak ogólnie przebiega prfawidłowo i jestem odpowiedzialna za kontakty z rodziną. Brr, aż strach się bać czy podołam. Obiecałąm nie łąmać sie i nie narzekać więc Wam póki co raportuję, że staram trzymać sie dzielnie, nadrabiać braki doświadczenia. Ale łatwo mi nie jest. Pewnie niedługo cała osiwieję;) Zwłaszcza dobijają mnie zmiany 12,13 godzinne więc w przyszłosci będę starała sie ich unikać;)
Cięzkie też to, że mój system zmianowy jest zupełnie niekompatybilny z Jarkowym:( Wiec raczej mało sie widzimy. Nie mówiąc już o naszym życiu seksualnym, które umiera śmiercią naturalną:( ;) Teraz mój luby poszedł np na małą imprezkę a ja siedzę w domciu- jutro na rano. Już nie ta forma u mnie;)Ale jakiś czas temu Martula sprzedała mi cytat, który sobie zapisałam i leży na biurku- wystarczy spojrzec i już mały wojownik znów sie we mnie budzi :

świat jest taki jakim Ty go widzisz. Więc spójrz na niego inaczej,
a Twoje życie się zmieni...

Ciekawe czy Wam też się podoba...
A tak w ogóle to brakuje mi Was- ta praca daje mi tyle nowych przemyśleń na temat życia i nie tylko... no takich filozoficznych. A z kim tu pofillozofować jak nie z psiapsiułkami,he?:)

Na deser tylko dodam, że od jutra będę sie "męczyc" nie z jednym a z dwoma z rodu K. Trzymajcie wiec kciuki coby sił mi starczyło i cierpliwości;) A ja dopinguje Waszym małym i dużym "ważnym sprawom" ;)

stoje, czekam, boje się oszaleć...

Co jest kurcze flaki? Nawet grupa z Nowych Sytuacji już zdążyła powrócić do łask, a wieści od Was żadnych.. Ja nie wiem.. U mnie po staremu czyli się uczę i pracuję..Festiwal tuż tuż a kilka rzeczy jeszcze niepodopinanych..teoretycznie ode mnie nie zależnych ale kogo to obchodzi..robota ma być zrobiona! I będzie:)Chyba...Sesja posuwa się jak krew z nosa, więc chyba znów muszę się do Was uśmiechnąć po paluszki...

Dajcie znać jak żywoty Wasze?
Buzina sobotnia:)

poniedziałek, 8 czerwca 2009

No i stało się! Niby nie moja wina ale już żarty chodzą że pecha Festiwalowi przynoszę. Grupa, która robi sobie premierę przed festiwalem w innym teatrze została wyrzucona z programu. Świniaki z nich małe bo przecież 20 tysiaków się zmarnowało na produkcje teatralną a choćby Agatka Elsner też zgłaszała swój całkiem ciekawy projekt do konkursu. Zobaczymy...
A u mnie w mieszkanku małe rewolucje. W ogóle tak sobie myślę, że żadna z Was jeszcze nie widziała Chłodnej in new style! Jak bym miała cyfróweczkę to pewno bym sie pokusiła... Nawet jestem zadowlona, kolorkowo szczególnie... Ale co do rewolucji... Chłodna in new style staje się hostelem.. W piątek wprowadziła się Ewcia, ta moja mała z zajęć teatralnych. Rozstała się z chłopakiem, no i pech chciał że dotknął ją też kryzys gospodarczy i zwolnienia. Aktualnie szuka pracy więc zimuje to tu to tam..jeszcze nie wie czy osiądzie w Poznaniu na dłuzej dlatego zatrzymała się u mnie.. No a dziś przyjechała Gosia, była na ten semestr w Krakowie na moście, a musi u nas zdać sesję więc Chłodna wita ją z otwartymi ramionami. Nawet tak fajnie jest mieć nagle w domu gwar i jakieś urozmaicenie poza Waldemarowym pyszczkiem..a no i bym zapomniała - w weekend była jeszcze Waldemarowa siostra!
Ja tu gadu-gadu a Wy już dawno o przygodach swych milczycie..aż sie wierzyć nie chce że weekend minał bez jaszczurek i zatrzasniętych drzwi! Zdawać relację pliz!!!

Pedzę do gości;)
Ciao dziewczyneczki!

piątek, 5 czerwca 2009

schudnięta:)

hej dziewuszki, musze sie koniecznie czyms pochwalic...dobrym samopoczuciem,a to za sprawa zrzucenia 5 kg:) ale kg nie wazne...wazne ze mieszcze sie w ciuchy ktore swiatla dziennego nie wiedzialy z rok, bo poprostu w nie sie nie miescilam, a nie ma nic fajniejszego niz włożenie kiecki w tkora sie czlowiek jeszcze nie dawno nie dopinal... takze satysfakcja ogromna i checi do walki ze zbednymi kilogramami ogromne;) tak tylko uspokoje ze nie jest to zadna drastyczna dieta, co to to nie. Zmiany żywieniowe: zero cukru( apotrafilam wypic z piec herbat dziennie z dwoma lyzeczkami cukru), ciemne pieczywo, ruch, rowerek cwiczenia...no i warzywka, owoce, bo teraz tanie w miare.Wiem, wiem wam nie musze zdradzac metod, raczej co jesc by przytyc:)
pozdrawiam

czwartek, 4 czerwca 2009

ahoj brygado!!!
odezwała się gumcia z holandii, pewno do was tez ale tak na wszelki wypadek pisze, ze ma się dobrze, tzn.cala i zdrowa, póki co siedzi w domku całymi dniami i poszukuje pracy, netu na razie nie ma wiec na bloogu odezwie sie jak tylko bedzie go miec:) takze dotarly pierwsze info od gumczastej gumy:)
a tak... co u mnie??? hmmm, to ze praca jest pisac nie musze...oo juz wiem, wczoraj mialam przygode. Biorąc poranny prysznic, tak sie zdarzylo ze spedzilam w lazience 2,5 godziny. Mowie wam koszmar. Zatrzasnęłam się!!! pech chcial ze ja w domku sama, komorka w pokoju takze jedna wielka dupa. no ale dlugo myslec nie musialam, chwycilam za depilator i do roboty, do tego maseczka na twarz i jechane, zabiegi pielegnacyjne( wizja spedzenia tam 3 godz, tak mateusz zapowiadal ze wroci). no ale na szczecie po godz. slysze jest mateusz. Wiec dzielnie mnie ratuje, odkreca jakies tam srubki, srubeczki, ale wciaz dupa. wiec kaze mu dzwonic po slusarza. ten ma przyjechac za jakis czas. No wiec lazienke posprzatalam, wymalowana, z wlosem zrobionym, wypachniona czekam na mego wybawce. Rolozylam sobie recznik na ziemi, przykrylam sie szlafrokiem, i sobie leze. ale postanowilam jeszcze raz pokopac troche drzwi, klamka i zamkiem poruszac.... no i jest, dzrwi otwarte...a za 3 min przychodzi slusarz a tu po akcji. wiec tak sie moj dzien wczorajszy zaczal. ale nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, odwlekane zabiegi pielęgnacyjne wykonane.
a teraz troszkę relaksu zażyje( moze jakies pifko przed tele), przede mna ciężki weekend, jutro (piatek) big band festiwal w tomyslu(4 godz filmowania, a moze i wiecej) a w sobote weselicho( 13 godz z aparatem). Swoja droga ćwiczę ostatnio mięśnie rąk, ciężarki takie małe mam i jechane, trza mieć naprawdę mocne łapy do tego sprzętu...
buziaki dziewuszki, powodzenia w nauce w pracy

wtorek, 2 czerwca 2009

Dzieci, dzieciaczki, dzieciątka!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Żeby było oryginalniej to dziś życzę wszystkiego co naj z okazji dnia dziecka:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

Najbardziej zaś, żebyście na zawsze pozostały takimi dzieciaczkami w serduchach:) Żebyście pielęgnowały w sobie spontaniczność, wrażliwość, otwartość i wiarę w drugiego człowieka oraz piękno świata (mimo wszystko;))!!!

Jam chyba ostatnio dziecię niesforne bo dostaję co rusz od Was upomnienia;) Przepraszam, że nie piszę ale naprawdę u mnie trochę chwilowo pokomplikowana sytuacja i krucho z czasem... Od ostatniego mego wpisu nastąpił swego rodzaju postęp... Znaczy wreszcie pracuje jako care worker. Przy czym, nie owijając w bawełnę, nie jest łatwo. Moje doświadczenie w tej dziedzinie jest znikome... Za mną zmagania z podsuwaczami, pieluchami, kaczkami, odleżynami, karmieniem, ubieraniem, myciem a nawet cewnikami...ale przede wszystkim z językiem...Powoli przyswajam specyficzne słownictwo;) No i się nie łamię;) Przyjmuję wszystko na klatę a potem wypłakuję się Jarkowi w rękaw;) Biedak znosi to dzielnie;) Najgorzej, że nie mam jakiegoś grafiku ani nawet jednego miejsca pracy. Co ciut utrudnia zapoznanie sie zpecyfiką miejsca oraz ludźmi i czynnościami z nimi związanymi;) Po prostu z dnia na dzień się dowiaduję gdzie jadę, czasem tego samego dnia, albo nawet po 5godzinnej zmianie dostaję zlecenie w innym miejscu (i robi się jakieś 12h). Na chwilę obecną odwiedziłam trzy domki ze staruszkami. Tylko w jednym oprowadzono mnie i pokazano co i jak... W innym jak przyjechałam czekała na mnie tylko koperta z numerami pokojów i nazwiskami osób oraz ogólny zarys obowiązków. Trochę to dla mnie dziwne i ryzykowne przede wszystkim...A od dziś znowu zmiana- wpisano mnie grafik jednego z tych domów(z tego co się zorientowałam to inne dziewczęta nie chcą tam pracować- a mi to wszystko jedno, tu przynajmniej zapoznano mnie z tym co mam robić).No i wreszcie mogę sobie cokolwiek zaplanowac bo przez ostatni tydzień wszelkie plany upadały (w tym też blogowe;))Dostałam nawet identyfikator;) Więc apeluję o wsparcie paluszkowe-przyda się :)
Ale zeby nie było, ze tu tak strasznie to wypada wspomnieć o miłych akcentach:) Odwiedzili nas byli współlokatorzy Jarka- tzw. Żuki:) Zakończyli swoją przygodę z Anglią i kontynuują studia w Polsce. Ale fajniutko było się tak spotkać, powspominać. Szkoda,że się z nimi minęłam. Zresztą na pewno byście też ich polubiły bo to kochane ludziki:) No i mam jeszcze anegdotkę do sprzedania:) Nie wiem czy wiecie ale mamy tu Polską telewizję-cyfrę. Z którą od samego początku (rok czy dwa) były kłopoty. Po prostu czasem częściowo lub w całości sygnał zanikał i tyle było z oglądania. A talerz powieszony dobrze, wysoko, żadnych drzew... Dzwonił Jarek tysiace razy do Polski ze skargami. Pdejrzenia padały też na sąsiadów- że niby mają jakieś urządzenia, które zakłócają... No i tak się żyło- płacąc rachunki (słone) i oglądając TV wedle kaprysu nie wiadomo kogo lub czego. Aż przyjechałam ja ;) i poczyniłam pewne spostrzeżenie. Dziwne było ale pozytywne w skutkach;) Mianowicie oglądałam jakieś badziewie a Jarek podreptał z "grubszą"potrzebą do ubikatorka;) Az tu słyszę - spuszcza wodę i po chwili sygnał szlag trafił. Chwycił mnie atak śmiechu z tej przedziwnej zależności...Ale była to inspiracja dla mego meżczyzny! Powrócił do miejsca zbrodni i po chwili mogłam znów cieszyć sie serialem:) Zgadnijcie co się stało! Otóż talerz wisiał na ścianie przy oknie od łazienki...i gdy tylko się je szerzej otworzyło szyba stanowiła prawie tarczę antyrakietową;) A na pewno już uniemożliwiała dotarcie sygnału;) Zwłaszcza po "grubszych sprawach";) Takie to z nas łosięta;)

Trzymajcie się kochanięta i łapcie pozytywną energię:)))))))))))))))))))))))))))))))))))))Postaram się jakoś nadrobic zaległości:)